
Zagraniczni sąsiedzi podarowali mi to i życzyli smacznego.
Ale w moich rękach znalazło się coś twardego i zupełnie niepodobnego do jedzenia — raczej coś w rodzaju dziwnego jajka.
Szczerze mówiąc, w pierwszej chwili nawet się przestraszyłam.
Z sąsiadami prawie się nie znamy. Są cudzoziemcami, a my tylko uprzejmie kiwamy sobie głowami w windzie i czasem mówimy krótkie „dzień dobry”. I oto pewnego wieczoru, już późno, rozległo się pukanie do drzwi.
Otworzyłam — stali w progu, uśmiechnięci i wyraźnie zadowoleni. W rękach mieli torbę. Podali mi ją i powiedzieli po rosyjsku, z silnym akcentem:
— Smacznego!
Automatycznie uśmiechnęłam się w odpowiedzi i zajrzałam do środka torby…
I wtedy uśmiech zniknął.
W środku leżały jakieś ciemne, twarde, kanciaste przedmioty o dziwnym kształcie. Wyglądały tak, jakby zostały znalezione nie na targu, ale w muzeum historii naturalnej albo na planie filmu o dinozaurach. Ani warzywa, ani owoce — zupełnie nic znajomego.
Wzięłam jeden do ręki — był zimny, ciężki i twardy, prawie jak kamień. Z ciekawości podniosłam go do nosa — zapachu prawie nie było.
— To… jedzenie? — zapytałam ostrożnie, starając się nie zdradzić swojego zakłopotania.

Sąsiedzi pewnie kiwnęli głowami, uśmiechnęli się jeszcze szerzej, coś szybko powiedzieli między sobą i, pożegnawszy się, odeszli.
Zostałam sama w kuchni z tą torbą i poczuciem całkowitej dezorientacji.
Przez jakieś dziesięć minut po prostu stałam i patrzyłam na jej zawartość, jakby miała sama wszystko wyjaśnić.
W głowie krążyły niepokojące myśli:
„A co, jeśli w ogóle się tego nie je?”
„A co, jeśli to jakiś amulet albo pamiątka?”
„A co, jeśli czegoś bardzo ważnego nie rozumiem i zaraz zrobię coś głupiego?”
Włożyć to do lodówki było strasznie.
Wyrzucić — okropnie niezręcznie.
Zostawić tak po prostu — też dziwnie.
W końcu zrobiłam jedyne, co przyszło mi do głowy — poszłam do internetu.

Szukałam po opisach, po kształcie, po kolorze, przeglądałam zdjęcia, porównywałam. Minęło sporo czasu, zanim w końcu znalazłam coś pasującego.
I kiedy zobaczyłam wynik, dosłownie szeroko otworzyłam oczy.
Nie mogłam uwierzyć.
Okazało się, że to orzech wodny.
Tak, naprawdę jest jadalny. Można go obierać, gotować, smażyć, a nawet jeść na surowo. W niektórych krajach to zupełnie zwyczajny produkt, a gdzie indziej — tradycyjna potrawa, a nawet przysmak. Po prostu nigdy w życiu nie widziałam niczego podobnego i nie miałam pojęcia, że coś takiego w ogóle istnieje.
Następnego dnia spotkałam sąsiadów na klatce schodowej i powiedziałam, że w końcu dowiedziałam się, co mi podarowali. Bardzo się ucieszyli, zaczęli żywo mówić, pokazywać rękami, jak prawidłowo go obierać i jeść, śmiali się i kiwali głowami.
I w tamtym momencie pomyślałam, jak dziwny i zadziwiający jest nasz świat.
To, co dla jednego człowieka wydaje się przerażające i niezrozumiałe, dla innego jest zwykłym jedzeniem i ciepłym „smacznego”.







